Sztuka czytania zanika

Zdając sobie sprawę, że "sztuka czytania zanika, zwłaszcza u dzieci" nawet jeśli nie jest się mugolem, pomyślałam, że suchość recenzji może odpychać.
Kiedy już kogoś natchnie na to by chwycić w ręce jakiś tom - a nie wie jeszcze jaki - szukając porady nie stara się znaleźć encyklopedycznej definicji danej książki, a raczej poznać jej duszę.
Stąd też stwierdzam, że książka książce nie jest równa. Jedna karmi duszę, inna umysł, a jeszcze inna łączy te dwa światy. Skoro tak jest, tak i różnie owe książki będą przeze mnie opisywane. Jedne określi rzetelna recenzja, a inne serce, które natychmiast musi podzielić się swoim uczuciem.
Enjoy!

środa, 19 sierpnia 2015

Futu.re - Dmitry Glukhovsky


   Nie przepadam za SF. Jakoś tak u mnie jest, że sięgam głównie po fantastykę. Zdarzają się chwile słabości i czytam jakieś romansidło (patrzcie post niżej), ale na szczęście jest ich niewiele. Nie odbiegając jednak zbytnio od tematu - na SF potrzeba mi chęci, sporo. W końcu nie mam tu ani mieczy ani rycerstwa w lśniącej zbroi i niewiele zazwyczaj magii...
Sięgnęłam, w zasadzie to została mi udzielona w pożyczce nowa (hmm... może już nie taka nowa) powieść Glukhovskiego. Przeczytać chciałam, nawet bardzo, mimo SF w gatunku bo to w końcu Dmitry od jednego z moich ulubionych uniwersów czyli Metra 2033. Ze szczerym zainteresowaniem pochwyciłam tom autora, który póki co nie zarzuca nas nowościami, jak kartami z rękawa i z pozytywnym nastawieniem oddałam hołd Panu, który zapożyczył mi tę powieść. Moje gorące popędy natychmiast ugasił komentarz: "Średnio mi się podobała" i wyraz twarzy posiadacza, bynajmniej nie szczęśliwego. Postanowiłam się nie poddawać i przebrnąć przez ponad 600 stron.
   I nie zawiodłam się.

   Dmitry zadziwia, przynajmniej mnie. W Metrze wydawał się niedoświadczony. Miał pomysł, stworzył zupełnie nowe uniwersum, jednak nie potrafił tak sprawnie oddać treści. (A może to ja dorosłam do jego twórczości?). W Futu.re Dmitry błyszczy, jeśli tylko prowadząc mroczną opowieść da się błyszczeć. Książki w mojej głowie zazwyczaj nadają sobie, poprzez treść, odpowiednie kolory, a Futu.re przyodziało się w czerń, brudną biel, srebro i brąz. Ciemne, martwe kolory, rozświetlane w odpowiednich scenach pełną gamą barw zadziwiały czytelnika jeszcze bardziej. Zmyślne porównania i metafory świadczyły o prężnym piórze i sporej inteligencji autora. Fakt, Dmitry znów skupiał się w szczególności na opisach, szerokich, przydługich niemniej jednak trafnych i ekspresyjnych o wiele bardziej sugestywnych niż w Metrze.

   Futu.re opisuje przyszłość, rok około 2400. Ludzkość tryumfuje. Udało się! Udało się to, do czego od niepamiętnych lat dążono. Kamień filozoficzny to przeżytek. Zsyntetyzowano szczepionkę przeciw ostatecznej chorobie cywilizacyjnej - Śmierci.
Pozostało jeszcze tylko wprowadzić w miarę względny ład, który umożliwiłby niekonfliktowe długowieczne życie - w zgodzie z sobą, ludźmi i ziemią.
Stworzono również i to, klarowny, przejrzysty jak woda w akwaparku, system. Zgodnie z własnymi żądzami - faszerowano się tabletkami błogości, zgodnie z innymi ludźmi - trzymano się spraw własnych systematycznie przeciskając się przez przeludnione korytarze, zgodnie z ziemią - nie płodzono nowych wyjadaczy koników polnych i eksploratorów ziemskich dóbr.
Jeśli ktoś nie stosował się do tak trywialnych reguł (przede wszystkim tej ostatniej) mógł spotkać Nieśmiertelnych, strzegących kwestii przeludnienia, niosących ze sobą prawdziwą "humanitarną" śmierć.


   Czytelniku, sięgając po tę pozycje zakrzykniesz: Orwell! Choć mieszkańcy utopijnego świata niczym ślepcy, błaźni systemu od grozili by się oskarżycielsko: Toż to Huxley!
Nie daj się zwieźć. Zobacz nowy świat przedstawiony przed Dmitra. Wstąp w melancholijną utopię pogrążona w długowiecznym dążeniu do zaspokojenia siebie i walki z klaustrofobicznym przeludnieniem. Poczuj przepych kompozytowych sprzętów i... grozę... czy nasz świat nie zmierza w podobnym kierunku?

Czy ludzkość nie potrzebuje się odrodzić?

   Wydanie książki jest dodatkowym plusem, w trzech miejscach w trakcie lektury, spotkamy karty z grafiką. Cudowną, pastelową, posępną, idealnie pasującą do niepokojącej treści.


Ocena: 8/10 (grafiki, grafiki i jeszcze raz grafiki - wpadłam nawet na stronę internetową poświęcona książce, zdaje się, że jest tam nawet jeszcze więcej grafik - www.futu.re )
Polecam :).

środa, 5 sierpnia 2015

Cała nadzieja w Paryżu - Deborah Mckinlay


   Cała nadzieja na romantyczną lekturę w Paryżu prysła po paru godzinach czytania. Francja (spoiler!) - wspomniana tylko na paru stronach. Moim zdaniem książka powinna mieć tytuł "Smaki miłości" czy jakiś inny, równie telenowelowy, chwytający za serce Panie gustujące w monotematycznych romansach.
   Książkę "Cała nadzieja w Paryżu" wygrałam w jednym z konkursów LC. Zapowiadała się smacznie bowiem jednym z aspektów powieści miała być miłość od kuchni, w przenośni i dosłownie. Przez wplecione w treść przepisy i kulinarne sugestie mogłam śmiało stwierdzić, że apetyt rósł w miarę czytania. Jednak przyznam, że był to jedynie głód będący zwykłą potrzebą organizmu. Głód duszy nie został zaspokojony pod żadnym względem, Język książki był prowadzony lekko i przyjemnie jednak niczego nowego nie uczył, a zdaje się, że miał jedynie bawić wieczorową porą przy filiżance herbaty i kawałku dyniowego ciasta. Jeśli więc, drogi czytelniku, polujesz na pozycję lekką, nie angażującą zbytnio myślenia, a jedynie umożliwiającą chwilową ucieczkę w krainę wyobraźni (chwali Ci się! odstąp od telewizora), to śmiało po nią sięgaj.
   Książka ta, niewielkich gabarytów - jedynie ledwo 300 stron - przez parę godzin nas zabawi, jednak z mojej strony podczas czytania odczuwałam niedosyt. Opisane postacie spotykały na siłę wymyślane problemy, a sami bohaterowie nie wiedzieli w co maja ręce włożyć. Zdawało się, że większość ich wyborów podejmowana była po omacku, albo przypadkiem. Autorka rozwlekała życiowe nieogarnięcie bohaterów zamiast skupić się na części wydawało by się najważniejszej - wątku miłosnym. Stąd też, podczas czytania dowiadujemy się najbardziej szczegółowych aspektów życia postaci, jedynie czasem napotykając porozrywane fragmenty romantyzmu.
   Koniec końców na czytane strony nałożyła się tylna okładka, a ja pozostałam z książką w ręce i ogromnym zdziwieniem malującym się na twarzy: "To już? Koniec? A gdzie miłość? Gdzie romans?". Powieść ledwo się zaczęła, opowiedziała szeroko o dylematach i kłopotach bohaterów - jakbym sama własnych nie miała - i zakończyła się bez jakichkolwiek uniesień serca czy duszy. Nie zdarzyłam nikogo pokochać, ani znienawidzić. ZERO emocji. No, cóż, może nie zero, jedna się pojawiła, tak podczas czytania jak i po jego zakończeniu - niedosyt.
   I, na miłość boską, gdzie ten Paryż?
  Tytuł oryginału: "That Part Was True". Może Part miał być Paryżem... jak dorośnie... do pisania.

Ocena: 4/10.

wtorek, 28 lipca 2015

Ivanhoe - Sir Walter Scott


   Zapragnęłam niedawno cofnąć się w czasie.
  Podążąjąc za tą nagłą potrzebą wybrałam się do biblioteki po książkę Waltera Scott`a "Ivanhoe". Kiedy odebierałam ją z głupim uśmiechem na twarzy - uwielbiam średniowieczną Anglię, potyczki Normanów i Sasów, a co więcej w trakcie historii pojawia się moja ulubiona postać literacka ROBIN HOOD - mój ogromny banan na poszerzył się jeszcze w momencie gdy odkryłam, że książka wydana została w 1963r. Wiecie w jaki rodzaj uzależnienia wciągają tak stare kiążki? Owszem, przyznaję się, wąchałam książkę co rozdział, upajałam się nutką starości, lekkim zapaszkiem kurzu i charakterystyczną wonią pożółkłych kart.
   Z początku myślałam, że książka będzie krótką i lekką lekturą, co sugerowało moje źródło informacji - LC - piszące, że ma ona bagatela 160 stron. Jednak jej rozmiar mnie zaskoczył. Zaspana - była jakaś 15.00 - bibliotekarka podała mi konkretnych rozmiarów tomik. Około 500 stron wpadło w moje ręce. Pomyślałam: "pikuś! książki takie łykam w 2 dni". I tu nastąpiła bardzo przyjemna pomyłka i kolejne miłe zaskoczenie.

   Sir Walter Scott urodził się w 1771 roku, a "Ivanhoe" powstał w 1819 roku stąd też przystosowanie się do języka jakim napisana jest książka, może chwilę zająć. Mówiąc szczerze, za każdym razem kiedy sięgałam po mojego Rycerzyka musiałam przestawiać w głowie jakiś magiczny pstryczek, aby z łaciny podwórkowej i enigamtycznego języka skrótów przejść do epoki wysublimowanej, poetyckiej mowy. Przestawienie owego guzika przyjmowałam z najwyższą rozkoszą, mogąc odbiec choć na chwilę od naturalnego młodzieżowego żargonu. Stąd też, jeśli tylko macie ochotę przenieść się w czasie nie tylko dzięki historii ale i mowie, zapraszam serdecznie do sięgnięcia po Scotta.

   "Ivanhoe" to typowa powieść rycerska. Bóg, honor, ojczyzna i dama serca to główne wątki historii. Na kartach książki spotykamy się z anglosaskim rycerzem Wilfredem z Ivanhoe, który wierny jest królowi Ryszardowi Lwie Serce bądącym Normanem, który to został porwany i więziony rozkazem swego brata księcia Jana. Anglia XII wieku rozdarta została na skutek wewnętrznych walk między Sasami (ludem Anglii), a opanowującymi państwo Normanami, depczącymi tradycje wprowdzając pośród ludu kulturę francuską. Wilfred po wielu latach powraca z krucjaty, by w swojej ojczyźnie odzyskać ojcowską miłość, utraconą na skutek afektu jakim darzył podopieczną ojca lady Rowenę, a także ze względu na wierność wobec Normandzkiego króla. Potykając się dzielnie w turnieju rycerskim walczy o swój honor, jednocześnie narażając się na gniew księcia Jana i jego popleczników, którzy to obawiają się oddanego Ryszardowi rycerza.

   Czytelniku, przywdziej zbroję. Złap za kopię, miecz lub kiścień i stań w szranki razem z Wilfredem z Ivanhoe. Zakosztuj prawdziwej miłości. Poznaj czym jest prawdziwy honor i lojalność wobec władcy. Przeżyj oblężenie zamku stając u boku legendarnego Robin Hooda. Sprawdź sam, zagłębiając się w historię, czy prawowity król powróci na tron, jak potoczą się losy żydówki Rebeki, rycerzy Briana de Bois-Guilber, Bawolego Łba, de Bracego oraz księcia Jana. Przekonaj się czy Wilfred odzyska szcunek ojca i miłość ukochanej kobiety.

   Polecam gorąco wszystkim gustującym w wyszukanym języku, klasycznej literaturze romantyzmu, średniowiecznej Anglii i powieściach rycerskich.

Ocena książki:
7/10

wtorek, 21 lipca 2015

Mroczne Materie - Philip Pullman


 
   Ciężko mi jest napisać dla tej książki recenzję. Z wielu powodów. Głównym jest obecność trzech książek w jednym opasłym tomie. Innym znowu fakt, że recenzja zawiera parę słów o autorze, parę o treści i końcową opinię czytelnika. Tymczasem ja, chcę z tej krótkiej notki usunąć dwie pierwsze części recenzji. Skupiając się na własnych odczuciach, powiem skrótowo choć wypadało by wylewnie.
   Niemniej jednak, gwoli prawidłowości skrótowo: książka młodzieżowa, gatunku bliższemu fantasy niż SF. Jeśli poszukujecie czegoś orzeźwiającego zapraszam do wskoczenia w nowy świat, a może i nawet wszechświat.

   Pierwszy tom wciąga niczym wir. Nowy świat zadziwia, zarzuca nas cudami takimi jak Dajmony. Budzi w czytelniku tęsknotę za podróżą, przygodą i nie daje odetchnąć w natłoku wydarzeń.

   Drugi tom - przynajmniej w moim odczuciu - dłuży się. Piętrzą się pytania, na które nie znamy odpowiedzi, pojawia się jeszcze więcej dziwów, postaci, niezrozumiałych głównym bohaterom. Spada prędkość akcji, a czytelnik nie odczuwa już tak niesamowitych emocji, jak przy czytaniu pierwszego tomu.

   Trzeci tom zlewa się z drugim, bowiem drugi kończy się wręcz w połowie zdania. Jednak akcja nabiera tępa, pojawiają się pierwsze odpowiedzi na dręczące nas pytania. Główna bohaterka nie stąpa już po omacku i ospale, w końcu rwie się do działania. W końcu czytelnik odczuwa książkę. Przeżywa ból i łzy, upaja się radością i uśmiechem bohaterów. I choć 954 strony do tej pory ciągnęły się w nieskończoność, nagle okrywają się okładką i czytelnik myśli: "już? to wszystko? nie zdążyłem pożegnać się z Lyrą i innymi..." choć miał na to prawie 1000 stron.

   Kilka słów nie o samej treści, a formie. Ciężka, ale w swojej wadze piękna, barwna i urzekająca. Nie dla kogoś kto pragnie przerzucić treść opisu.
   Przyszły czytelniku. Nie połykaj książki. Upajaj się nią. Połknięcie jej na raz, lub też nadanie sobie ram czasowych na przeczytanie jedynie Ciebie zirytuje. Pamiętaj, delektuj się. Odkładaj ją i wracaj do niej, bo choć wydaje Ci się, że historia się dłuży i nuży to jednak po przeczytaniu ostatniej strony, pęknie Ci serce z żalu, że to już koniec.

Polecam i pozdrawiam!

poniedziałek, 9 września 2013

Leśne elfy, czy steampunk?


   "Żelazny król" - pierwszy tom trylogii "Żelazny dwór"Julie Kagawa

   Zastanawialiście się co w szafie stuka, a pod łóżkiem skrobie? Czy wierzycie w prawdę ukrytą w baśniach i legendach? A może, chcielibiście zwiedzić Magiczną Krainę?

   Meghan Chase to szesnastoletnia dziewczyna, młoda uczennica, mieszkanka prowincji Luizjany, przed którą otwiera się zupełnie nowy, jak na realia, nielogiczny świat magii i zaczarowanych istot. Spotyka w nim przyjaciół, sprzymierzeńców, ale i wrogów. Pomimo zagrożeń, które czyhają na nią wśród ciemnych zarośli Losoboru, letnich rezydencji Jasnego Dworu oraz mroźnych krain Mrocznego Dworu, Meggie kroczy naprzód chcąc uratować tych których kocha, a także ocalić siebie samą. Jej siłą jest odwaga, zaś słabą stroną – oddanie.

   Julie Kagawa stworzyła trylogię "Żelaznego Dworu", w której przedstawiła zupełnie nowy sposób postrzegania elfów. W swych książkach miesza podstawowy gatunek fantasy, który kojarzy się nam z leśnymi, pięknymi stworzeniami, ze stalowym brzmieniem i wszędobylską parą steampunk`u. Świat cudownych istot jest jednak odmienny niż ten, z którym spotykaliśmy się dotychczas. Elfowie są dumną i poteżną rasą, w swej zmysłowości skrywają jednak także mroczną i bezwględną naturę, zdolne są bowiem do zabijania z zimną krwią. Potrafią być okrutne i bezwględne. Choć miłość nie jest im obca.Tymczasem w głębinach królestwa Nigdynigdy autorka skryła kolejną nisamowitą rasę, metalicznych istot, których świat pokryty został żelazem, ogarnięty hutnicznym ogniem i zasypany współczesnym Maggie złomem.

   Autorka w pierwszej części trylogii pt. "Żelazny król" wprowadza nas w ten świat z pomocą Meggie Chase, która pierwszoosobowo opowiada nam swoje przygody, opisuje swoje uczucia, w których głównie pojawia się niepewność. Czy uda jej się przetrwać? Czy podoła swojemu zadaniu? Czy odnajdzie się w nowym świecie i czy spotka w nim miłość? Razem z młodą dziewczyną przemierzamy baśniową krainę. Wprawne oko czytelnika dostrzeże skąd autorka czerpała ispirację do napisania swojej książki. "Opowieści z Narni", "Alicja w Krainie Czarów", "Sen nocy letniej", to kilka z tytułów, których wątki połączyła Julie Kagawa tworząc trylogię "Żelaznego dworu".

   Połącznie leśnych, spiczastouchych istot z metalicznymi, steampunkowimi postaciami fantastyki naukowej bardzo przypadło mi do gustu. Autorka ciekawie przeskakuje pomiędzy oboma gatunkami umiejętnie splatając je ze sobą. Pierwszoosobowa narracja nie każdemu przypada do gustu, czyniąc z książki rodzaj pamiętnika, jednakże uświadamiając sobie, że dziewczyna ma dopiero szesnaście lat możemy przymknąć oko na ów "pamiętnikowy styl", a wręcz może to podnieść walory książki.Książka została wydana w Ameryce pod wydawnictwem "Harlequin Teen". Nazwa wydawnictwa mówi sama za siebie i raczej właśnie w taki sposób czytelnik będzie postrzegał tę opowieść. Uczucia głównej bohaterki, poza jej przygodą, są głównym wątkiem opowiadania, stąd też, książkę poleciłabym raczej płci pięknej.

   Postacie w "Żelaznym królu" są dość przewidywalne, i na dłuższą metę meczą swoją pompatycznością i przesadną rycerskością.

Myślę, że "Żelazny król" jest odpowiednią lekturą na chłodny jesienny wieczór, kiedy nie oczekujemy po książce zawiłej intrygi, a jedynie realaksu przy baśniowej historii i opowieści miłosnej.